Wzdłuż Srebrnego Potoku - 10.12.2005

o była niezła wyrypa. Te kilkanaście kilometrów, niektórych z nas porządnie wymęczyło. Nikt nie spodziewał się w okolicach Milejewa takiej ilości śniegu. Już po kilku kilometrach mieliśmy mokre skarpety. Druh nas nie oszczędzał i nie ułatwiał nam drogi.
Z jeziora Milejowskiego wypływa "Srebrny Potok" i mając za przewodnika nurt tej strugi, mieliśmy dotrzeć do Elbląga. Najpierw zaorane, zasypane pola. Potem kilka przepraw przez niezbyt szeroką rzeczkę, ale za to brzegi były bagniste i co ciężsi z nas, zapadali się po kostki w błocie. Dopiero gdy weszliśmy do lasu łączącego się z Bażantarnią, zaczęła się męka. Podejście, zejście, przeprawa i tak dalej. Nasza 59 osobowa grupa rozciągnęła się na kilkaset metrów. Las rozbrzmiewał śmiechami i innymi nieokreślonymi okrzykami.
Druh zarządzał co jakiś czas postój, żeby się zebrać do kupy. Najbardziej pechową była nowo ochrzczona "Wywrotka". Trudno zliczyć jej upadki. Jak przystało na brać studencką humory dopisywały do samego końca, nawet "Kobrze". Im bliżej byliśmy Elbląga, tym mniej było śniegu. W końcu, w Bażantarni najmniej śpieszący się do domów rozpalili ognisko. Pojawiły się tradycyjne kiełbaski, jabłka na kiju, ktoś smażył mandarynkę.
Druh poczęstował wszystkich łyżeczką pieczonego banana z czekoladą. I gdy już się wydawało, że 9 grudnia 2005 roku nic się nie przydarzy, Ewelina zwichnęła albo skręciła stopę. Trzeba było ją transportować do muszli koncertowej, skąd zabrała ją na dworzec taryfa.