"Odliczanka VIII" Piaski - Ujście Wisły - 11.06.2011r.



ożna powiedzieć, że 11.06.2011r. wróciliśmy na stare "śmiecie", na Mierzeję Wiślaną. Planowaliśmy przejść ją od granicy z Rosją w Piaskach, aż do betonowego cypla przy ujściu Wisły.
W drodze do granicy musieliśmy uciszyć Darię, która bez przerwy gadając, nie pozwalała nam się skupić na pięknie przyrody. "Spetznaz" zrobił to skutecznie, ale na krótki czas.
Od granicy każdy szedł tak jak chciał i którędy chciał. Było nas wszystkich czternaścioro. Część szła plażą, inni lasem. Pogoda dopisała, słońce i wietrzyk. Wydawało nam się, że szliśmy raźno ale do Krynicy dotarliśmy dopiero około 14.15. Różnymi sposobami dowiedzieliśmy się, że dalej będzie szła tylko piątka mężczyzn. Kobietki zostały na plaży a pozostali chłopacy zmyli się do Elbląga. Na tym polega właśnie "Odliczanka". Na placu boju pozostali: "Spetznaz", "Idol", "GPS", Łukasz i druh.
W Krynicy zjedliśmy obiad, a potem wpadliśmy jeszcze na kawkę i herbatkę do druha kuzynki - Basi. Było bardzo miło, ale droga wzywała.
Trasa do Sztutowa, była prawdziwą katorgą. Droga się wydłużała i te 20 kilometrów kosztowało nas wiele wysiłku fizycznego i psychicznego, do tego te komary. Siekły niemiłosiernie. Najgorzej miał "GPS", bo szedł w krótkich spodenkach. Druh poradził, żeby znalazł liściastą gałązkę i opędzał się nią przed brzęczącymi samicami. Było to skuteczne posunięcie i obraz machającego gałęzią "GPS" wpisał się na stałe w obraz wyprawy.
Kilkukilometrowy odcinek ze Sztutowa do Stegny szliśmy wolno, rozmawiając i to było lekarstwem na zmęczenie i dłużenie się drogi. Ani się obejrzeliśmy gdy dotarliśmy do miejsca zamieszkania "Czakiego" - Stegny.
Do Stegny "Spetznaz" dojechał z Elbląga swoją Fronterą, tam ją zostawił i wsiadł do naszego autobusu jadącego do Piasków. Teraz ze Stegny przedzwonił do "Czakiego" i w dwa samochody pojechali do Mikoszewa, żeby zostawić tam opla. My w tym czasie odpoczywaliśmy, popijaliśmy herbatę z cytryną w jednej z knajpek przy plaży. Ta przerwa była nam bardzo potrzebna. Po powrocie "Spetznaza" wyruszyliśmy plażą do rysującego się w oddali cypla.
Już było po zachodzie słońca. Nie spieszyliśmy się a twardy, zbity piasek na plaży sprzyjał marszowi. Zmęczenie jednak coraz bardziej dawało się we znaki. "GPS' stwierdził, że normalni ludzie o tej porze siedzą w domu i popijając herbatę oglądają telewizję. Paweł czuł się nie najlepiej. Nogi miał czerwone od ukąszeń komarów a nim całym, od czasu do czasu, wstrząsały dreszcze. Nie chciał jednak przerwać wędrówki.
Powłócząc nogami zbliżaliśmy się do celu. Pozostało nam jeszcze około 2 kilometrów i nagle zmieniło się podłoże. Głęboki piach i mnóstwo wyrzuconych, drobnych patyków. Szliśmy ten odcinek około godziny.
Po około 14 godzinach dotarliśmy do celu. Siedliśmy na betonowych płytach ciągnących się hen w morze, w ciemność. Wiało, więc druh wycofał grupę do pobliskich zarośli i zarządził spanie. Owinięci w pałatki zalegliśmy. Obudziły nas głosy ludzi, którzy przyszli, prawdopodobnie z Mikoszewa, podziwiać to co my. Niezauważeni poleżeliśmy jeszcze trochę. Trudno było wstać i rozprostować nogi i całe ciało. Pęcherze na nogach, przemęczone stawy i mięśnie, krosty po ukąszeniach odezwały się ze zdwojoną siłą. "Spetznaz" w ciszy prowadził całą grupę za pomocą GPS-u do ukrytego na leśnym parkingu samochodu. Jeszcze ostatnia fotka przy 90, ostatnim wejściu na plażę. Od granicy z Rosją do ujścia naszej Królowej było ich aż tyle. Zmęczeni, około czwartej nad ranem, dotarliśmy do swoich domów a tam do pokonania zostało jeszcze tylko kilka pięter.