Zimowisko w Bieszczadach. 06-14.02.2016r.





araz po przyjeździe do Wołosatego, po rozpakowaniu się, postanowiliśmy po długiej 16 godzinnej jeździe rozprostować nogi. Przy słonecznej pogodzie poszliśmy na spacer do Ustrzyk Górnych i z powrotem.
Dalszy pobyt w Bieszczadach "zobaczymy" oczyma Żanety, która dostała od druha zadanie opisania wędrówek.



Pierwszego dnia wyruszyliśmy na najwyższy szczyt Bieszczad po polskiej stronie - Tarnicę. Pierwsza ruszyła kilkuosobowa ekipa. Wyszli piętnaście minut przed nami. My z druhem ruszyliśmy razem, ale z czasem zaczęliśmy rozciągać się. Każdy szedł własnym tempem. Zrobiliśmy sobie krótką przerwę we wiacie. Odpoczywaliśmy też na trasie. Dochodząc do celu zaczęliśmy odczuwać dość silny wiatr. Część szybko weszła na szczyt i szybko zeszła. Inni czekali, aby wejść w grupie. Na szczycie wiało już solidnie. Wokoło pełno śniegu i zapierające dech w piersiach widoki ośnieżonych gór.
Po zejściu do przełęczy "Siodło" podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna wróciła tą samą drogą do schroniska w Wołosatem. My ruszyliśmy Szerokimi Wierchami, na których wiał halny z prędkością ponad 100 km/h. Nie dawaliśmy rady iść. Musieliśmy dobrać się w pary i pomagać sobie wzajemnie. Nie obeszło się bez upadków na lodzie. Nie było dwójki, która by się nie przewróciła, choćby raz. Po zejściu do lasu marsz był już tylko przyjemnością i droga nie sprawiała nam zbyt wielu problemów. Lasem, a następnie krótkim etapem po asfalcie dotarliśmy do Ustrzyk Górnych, gdzie odpoczęliśmy w tamtejszej karczmie. Postanowiliśmy wrócić do Wołosatego autobusem.
Druh, pan Bartek i Dominika stwierdzili, że przejdą się te 7 kilometrów. Zawsze tak wracali.



Drugiego dnia wynajętym busem dojechaliśmy do Bereżek, skąd ruszyliśmy na Połoninę Caryńską, chociaż niektórzy zmęczeni pierwszą wyprawą zostali na kwaterze. Musieliśmy przechodzić przez strumienie po wystających kamieniach. Każdy, jak dnia poprzedniego, szedł swoim tempem. Druh żartobliwym tonem popędzał tych na końcu.
Doszliśmy do schroniska ""Koliba"", gdzie uczciliśmy urodziny wykładowcy naszej uczelni, pana Bartka. Druh opowiedział nam historię, jak czterdzieści kilka lat wcześniej urodził się w tym miejscu. Wszyscy złożyliśmy życzenia jubilatowi i podarowaliśmy drobny prezent.
Rozpoczęliśmy wspinaczkę na Połoninę Caryńską. Za nami szedł mały kotek, który na szczęście został zabrany z powrotem przez napotkanego turystę.
Szlak początkowo był oblodzony i ciężko było iść w górę. Nagle pojawił się śnieg. Na skraju połoniny wzmógł się wiatr i zgęstniała mgła. Na szczyt wszyscy dotarli pomyślnie. Nic nie było widać oprócz otaczającej nas bieli. Schodziliśmy w dół aż doszliśmy do końca połoniny, a następnie lasem do Ustrzyk Górnych. Po przejściu mostkiem nad potokiem znaleźliśmy się we wsi. Tam czekaliśmy na resztę. Wróciłam ze Specem, Kasią i Marysią samochodem, inni autobusem. Pan Bartek, Doma i druh, jak zwykle pieszo.
Wieczorem "Doma", "Jari" i pani Agata zrobiły dla wszystkich pyszny, czekoladowy budyń.



W środę pogoda była pod psem. Od rana lał deszcz. To nas jednak nie powstrzymało i sporą grupą ruszyliśmy na kolejną wyprawę. Busem podjechaliśmy na Przełęcz Wyżniańską. Ci co mieli pałatki wyciągnęli je i narzucili na siebie. Droga była oblodzona i ślizgaliśmy się. Szukaliśmy bezpieczniejszych przejść . Schodziliśmy ze szlaku. Szybko mokliśmy. Po ścieżce płynęły strumienie. Ciężko było przejść. Ostatni odcinek był odkryty i okryty śniegiem. We znaki dawał nam się kąśliwy, mroźny wiatr.
Na szczycie Połoniny Wetlińskiej powitało nas schronisko, zwane Chatką Puchatka. Posiedzieliśmy tam chwilę. Niektórzy z nas, wraz ze mną, byli przemoczeni do suchej nitki. Schodziliśmy tą samą trasą. Okolica w ciągu godziny zmieniła się. Prawie zniknął śnieg. Cały czas padał deszcz. Na parkingu czekał na nas ciepły bus. Po drodze zabraliśmy ratownika GOPR. Po powrocie do "Stajni" rozpoczęło się suszenie.



Na tej wyprawie nie było Żanety, odpoczywała i suszyła się. Po całodziennej ulewie, która zmyła prawie cały śnieg, nocą stał się "cud". Przyszedł mrozik i spadło około 20 centymetrów śniegu. Rano nie wierzyliśmy własnym oczom. To była nagroda za to, że w poprzednim dniu nie odpuściliśmy wędrówki.
Drogą, która prowadziła przez "agrafkę", doszliśmy do Połoniny Bukowskiej. W śniegu dobrnęliśmy do słupków granicznych z Ukrainą. Przy wiacie, "Spetznaz" i "Czaki" tradycyjnie wzięli śnieżną kąpiel. Potem część z nas zdobyła Rozsypaniec, na którym "Doma" zatknęła proporzec "Włóczybutów". Widoki zakryła mgła ale świeży śnieg nam to zrekompensował.
W schronisku wieczór upłynął nam przy grach planszowych i śpiewie przy dźwiękach gitary. "Kredki", pod okiem Kasi, zrobiły sałatkę owocową a "Spetznaz" za karę przygotowywał zupę na następny dzień.



Tu Żana. Nadszedł dzień ostatniej wyprawy. Znów skorzystaliśmy z transportu. Cały czas towarzyszyła nam biała pierzynka. Wysiedliśmy na Przełęczy Wyżniańskiej. Doszliśmy do schroniska pod Rawkami.
Tam odbył się chrzest. Wcześniej zostaliśmy ostrzeżeni, że każdy kto był po raz pierwszy na wyprawie, musi przejść ceremonię przyjęcia do grupy "Bieszczadczyków". Nie wiedzieliśmy tylko kiedy to nastąpi. Podeszliśmy do ławek. Z jednej częściowo zgarnięto śnieg. Wołano nas, ale nikt nie chciał iść na pierwszy ogień. Wreszcie druh wywołał mnie. Zdjęłam plecak i okulary słoneczne. Oparłam się rękoma o ławkę i każdy ze starych bieszczadczyków natarł mnie śniegiem. Dobrze się przy tym bawili. Następnie wołano kolejnych "nowych" do chrztu. Nie ominęło to wykładowców naszej uczelni, pani Agaty i pana Bartka.
Potem ruszyliśmy szlakiem na Małą Rawkę. Jak zwykle rozciągnęliśmy się. W miarę dochodzenia do szczytu, drzewa stawały się coraz niższe. Śnieg na drzewach wyglądał prześlicznie. Krzewy tworzyły bajkowy tunel. Góry otaczały chmury. Zachwycaliśmy się pięknymi widokami.
Po dotarciu na Małą Rawkę zrobiliśmy sobie króciutką przerwę, a następnie ruszyliśmy na Wielką. Musieliśmy przejść przez niewielki lasek jak z krainy marzeń. Na ośnieżonych drzewach widzieliśmy coś niezwykłego. Następnie wchodziliśmy na garb między Rawkami. Obserwowaliśmy szczyty wokół. Mogliśmy dostrzec Chatkę Puchatka i Caryńską. Po chwili wszystko zostało spowite chmurami i mgłą. Nic nie było widać na większą odległość. Mijaliśmy po drodze obelisk na Wielkiej Rawce. Przy drogowskazie rozdzieliliśmy się.
Część wyruszyła na Kremenaros. My postanowiliśmy zejść po śladach. Niżej czekał na nas Specu. Był moment, gdzie ciągle z Natalią zapadałyśmy się w głębokim śniegu. Wreszcie przeszłam ten fragment na czworakach. Później było istne białe szaleństwo. Z niektórymi obserwowaliśmy jak Specu zbiegał. Nawet przez chwilę też próbowałam. Zjeżdżaliśmy na tyłkach z trochę bardziej stromego zejścia. Tyłki później bolały, ale było warto. Dawno tak się nie bawiłam.
Po krótkim odpoczynku we wiacie, już grzecznie idąc, doszliśmy do Ustrzyk Górnych. Autobusem PKS dotarliśmy do Wołosatego. Oczywiście stała ekipa wróciła piechotą.



W sobotę, po spakowaniu się, mieliśmy jeszcze sporo czasu do wyjazdu. Poszliśmy do stadniny koni huculskich a potem na pobliski cmentarzyk. Zajrzelismy również do studni z żurawiem, żeby zobaczyć naszą przyszłość. I co zobaczyliśmy? Siebie za rok w Wołosatem.



To był pierwszy wyjazd "Włóczybutów" w Bieszczady, na którym byli studenci wszystkich roczników, absolwenci naszej Uczelni, wykładowcy i goście. Już pierwszego wieczoru z tej mieszanki powstała rodzina. Wszyscy znakomicie się ze sobą czuli. Znamienne są również przemyślenia Agaty, pani Agaty, doktor Agaty, które pozwolę sobie poniżej przytoczyć. Dziękuję wszystkim za przygodę - druh

Bieszczadzkie przemyślenia

W człowieku zawsze tkwi tęsknota do rzeczy nieskomplikowanych i pewnych.

Tegoroczny wyjazd urlopowy, zaplanowany z potrzeby oderwania się od spraw codziennych, stał się czymś więcej niż myślałam. Uzmysłowił mi starą prawdę, że proste rzeczy są najpiękniejsze. W prostocie, podstawowych czynności niezakłóconych wymyślnościami, do których dzisiaj czasami przywiązujemy zbyt dużą wagę, jawi się cudowność bycia z drugim człowiekiem, dająca poczucie bezpieczeństwa, wsparta przestrzeganiem prostych zasad.

Wspólne przygotowywanie posiłków i biesiadowanie przy stole, długie wędrówki po szlakach, popołudniowe gry, tzw. twórcze śpiewanie, odważne rozmowy, w każdej z tych czynności drugi człowiek staje się najistotniejszy.

Bieszczadzka zmysłowa przyroda, przepiękne zimowe krajobrazy - może zbyt często zasnute mgłą, nieoczekiwane na szlakach tropy zwierzyny, zaskakująca zmienność pogody, i TY, zdający sobie sprawę z niezależności tych bytów i zdarzeń, który jedynie, a może aż, możesz je obserwować i eksplorować.

Z podziękowaniami za wspólne bycie, Agata.