Z Suchacza do Elbląga 29.11.2003r.





ała sobota 29 listopada 2003 roku była pochmurna i bardzo wilgotna. Wydawać by się mogło, że takaż będzie wędrówka. Ale różne charaktery, dowcipy i pomysły studentów sprawiły, iż wyprawa była wesoła i wszyscy się dobrze bawili. Pociąg opuściliśmy w Suchaczu około godziny 9-tej. Druh w paru słowach scharakteryzował zbliżający się "Darżlub", czyli nocne marsze na orientację, organizowane przez SKTP w Trójmieście. Ze względu na specyfikę imprezy, chyba niewielu zdołał przekonać do wzięcie w niej udziału. Po tej kwiecistej przemowie raźno ruszyliśmy na trasę. Jeszcze w Suchaczu dołączył do nas "Robokop" i "Rutek". Było nas, razem z nimi - 33 osoby. Szliśmy czerwonym szlakiem przez górzysty teren między Suchaczem a Łęczem zwany - Jarami Łęcza. Niesamowita rzeźba terenu, kręte jary, strome podejścia i przeprawy przez płynące dnem parowów strumienie, spowodowały u niejednego "Włóczybuta" okazałe rumieńce i kłęby pary na plecach. Pierwszy, dłuższy popas mieliśmy na szczycie zwanym - grodzisko Łęcze. Rzeczywiście, kształt tego wzniesienia wskazywał na to, że mogło tu się coś kiedyś znajdować. Na powierzchni dużego głazu, znajdującego się w centralnym miejscu dawnego grodziska, wyryto onegdaj niemieckim gotykiem inskrypcję, poświęconą pamięci profesora Roberta Dorra, prekursora elbląskiej archeologii. Podczas tego postoju usta nam się nie zamykały, pożeraliśmy bowiem nasz suchy prowiant. Wszystko co dobre kończy się, ale czemu tak szybko? Bezwzględny druh pognał nas dalej.
Już po kilkunastu minutach byliśmy w Łęczu. Niektórzy przez kilkadziesiąt metrów cieszyli się asfaltem, który wkrótce zamieniliśmy, oczywiście bez chwili wahania, na błotnistą, polną drogę. Brnąc przez błoto i podmokłe łąki i pola, zostawiliśmy za sobą Łęcze z zabytkowymi XVIII wiecznymi domami podcieniowymi i widocznym z daleka murowanym korpusem wiatraka.
Kolejny kompleks leśny nie stanowił dla nas, poza jednym podejściem, żadnego problemu i wkrótce zobaczyliśmy zabudowania Próchnika. Tu druhowi wpadł do głowy pomysł, żeby odwiedzić Marlenę, studentkę naszej Uczelni i członkinię naszej sekcji. Było już około południa, a ona jeszcze spała. Niemniej w miarę szybko zebrała się w sobie i wyszła przed sień witając nas gorąco. Potem przeprowadziła nas bezpiecznie przez Próchnik i towarzyszyła nam nawet przy ognisku, które rozpaliliśmy na skraju świerkowego zagajnika około dwóch kilometrów za wsią. Były kiełbaski, wypełnianie klubowych deklaracji, żarty i... w drogę. Przy opłotkach Krasnego Lasu, mniej wytrwałe "Włoczybuty" dostały pozwolenie od szefa na szybszy powrót do domostw. Pozostali, w liczbie 20 piechurów ruszyli na azymut przez Modrzewinę do Elbląga. Zaorane pola, trawiaste przestrzenie, szkółki leśne, rzeczki, wąwozy, bagienka, wysokie ogrodzenia ze specjalnymi przejściami, to w skrócie nasza droga na południe. Szliśmy gęsiego, żeby nie zostawiać po sobie widocznych śladów. Na szpicy szedł Krzysiek - "Specnaz", który badał teren. I dobrze bo z jednego bagienka, bez pomocy kolegi, wyszedłby bez butów. Po kilku kilometrach marszu przed naszymi oczami wyrosło nagle blokowisko elbląskiej "Zawady". Cel był w zasięgu ręki, ale tuż przed metą wpadliśmy w błotny labirynt, z którego nikt nie wyszedł bez szwanku. Nawet przezorny Przemek po słowach, - "Przecież to wygląda na suchą i twardą drogę" wpadł po łydki w ziemną maź. Strumień Babica płynący tuż przed Zawadą pozwolił nam doprowadzić się do względnego porządku. Pętla tramwajowa była miejscem rozstania się "Włóczybutów" po kolejnej eskapadzie. Jeszcze po bezie od druha i pozostało nam tylko powiedzieć sobie - "Tymczasem borem, lasem".




tml>